czyli bunt niepolitycznego palca plus dream catchers i pies
Dziewiarstwo jest pięknym, bardzo wciągającym, a nawet uzależniającym hobby - nie muszę o tym przekonywać nikogo, kto zagląda na blogi dziewiarskie, bo przecież większość z Was ma tak samo jak ja: dzień bez przerobionego oczka jest dniem straconym.
Jednakże ta pasja nie pozostaje bez wpływu na nasze zdrowie. Długie siedzenie powoduje, przynajmniej u mnie, bóle kręgosłupa, bolesne przykurcze mięśni barkowych, sztywny kark, problemy z krążeniem w stopach, nie wspominając o bolących czterech literach. Z większością tych niedogodności można sobie poradzić, robiąc co jakiś przerwy po to, by się trochę porozciągać. Regularne ćwiczenia i ruch na pewno pomagają i niwelują te dolegliwości.
Niestety ćwiczenia i ruch nie mają żadnego wpływu na doskwierający mi od dłuższego czasu problem ze stawem środkowego palca lewej ręki. Może trzymając druty czy szydełko stosuję złą technikę, a może to genetyczna skłonność (moja babcia miała podobnie), skutek jest taki, że doszło do zwyrodnienia w wyniku którego ostatni paliczek jest wyraźnie odchylony od pionu, staw zapalony i bolesny. Dzierganie na pewno nie pomaga pozbyć się tej dolegliwości. Szczerze mówiąc przerwy w dzierganiu też nie pomagały. Lekarz ortopeda, u którego byłam jakiś czas temu z innym problemem, i któremu przy okazji wspomniałam o bolącym palcu, temat całkowicie zignorował. W kwestii palca nie powiedział mi nic.

Swoją drogą zabawne jest demonstrowanie komukolwiek mojego problemu - w końcu to środkowy palec, a przeważnie dla porównania pokazuję także ten zdrowy u prawej ręki. Tym sposobem mój rozmówca widzi podwójny obraźliwy gest ;-)
Musiałam sama coś wymyślić, żeby nie rezygnować zupełnie z tego, co sprawia mi przyjemność, a jednocześnie pomóc sobie. W sklepie medycznym zakupiłam najprostszą i zarazem najtańszą ortezę, którą zakładam na noc i na kilka godzin w ciągu dnia. Zaskoczył mnie rezultat tej strategii. To naprawdę działa. Obrzęk stawu zmniejszył się już po pierwszym dniu stosowania, powinnam więc chyba kupić sobie teraz drugą ortezę w mniejszym rozmiarze.
Te kilka godzin usztywnienia pozwala mi później trochę dziergać bez bólu.
Niemniej zaczęłam się ciut oszczędzać. Po pierwsze odłożyłam na jakiś czas druty i wzięłam do ręki szydełko. Ręka inaczej pracuje, inaczej jest obciążona niż przy robieniu na drutach.
Zabrałam się za dream catchers - łapacze snów, choć ja wolę je nazywać łapaczami marzeń. Są to projekty szybkie, niewymagające ani wielkich nakładów sił, ani czasu, ani środków finansowych. Kupiłam tylko obręcze, bo kordonek (Muza 20, szydełko 1,25), muszelki i koraliki są z zapasów lub z odzysku.
Miałam na początku problem z uchwyceniem rozmiaru serwetki, dlatego pierwsza po zblokowaniu okazała się dużo za duża i pozostanie serwetką z przeznaczeniem do wielkanocnego koszyczka.
W drugiej próbie miałam już policzone rzędy i szukałam w sieci takiego wzoru, który wpasuje się w rozmiar obręczy. Znalazłam na Instagramie doily patterns i stamtąd zaczerpnęłam schematy.
Od razu wyjaśniam, że "frędzelki" są celowo różnej długości, a umieszczenie muszelek przypadkowe i niesymetryczne. Po pierwsze moim zdaniem wystarczy, że symetryczny jest środek, a po drugie nie chciało mi się mierzyć długości łańcuszków, a tym bardziej liczyć oczek. Ta dekoracja jest zrobiona na obręczy o średnicy 40 cm i wisi u mnie w oknie.
Drugi łapacz jest troszkę mniejszy - średnica 35 cm - zamiast muszelek użyłam wyłącznie różnej wielkości drewnianych koralików - pozostałość po zdemontowanych, nienoszonych koralach. Właścicielką jest Starsza Córka i to jej okno dekoruje Łapacz Marzeń, choć poniższe zdjęcie zrobione jest jeszcze u mnie w domu.
Trudno jest zrobić zdjęcie firanki, czy ozdoby umieszczonej w oknie, będąc wewnątrz mieszkania. Fotografowany obiekt jest ciemny. Można oczywiście zrobić zdjęcie z zewnątrz, ale kiedy mieszka się na piętrze i nie posiada się teleobiektywu, to też nie jest to dobrym rozwiązaniem.
Ja otworzyłam skrzydło okna na oścież i z wnętrza mieszkania sfotografowałam zewnętrzną stronę szyby, dlatego tutaj oprócz dekoracji okiennej widać także moje odbicie.
Młodsza Córka powiedziała, że dziękuje, ale nie chce takiej okiennej ozdoby, dlatego zaczęty łapacz leży od jakiegoś czasu niedokończony i czeka na frędzle. A może stanie się dekoracją okienną bez koralików - nie wiem, na razie się nie zdecydowałam. Ta obręcz jest najmniejsza, ma 30 cm średnicy.Po łapaczach przyszła kolej na szydełkowy obrus. Jest już na finiszu i pewnie niedługo go pokażę - ale tęsknię już za drutami.
I jeszcze niedziewiarsko:
Za dwa tygodnie, pierwszego września, miną cztery lata jak mała znajda pojawiła się w naszym domu.
Przyjęliśmy pod dach suczkę, która błąkała się około dwóch tygodni po osiedlu naszej znajomej. Mała była bardzo kontaktowa, lgnęła do ludzi, dlatego była dokarmiana przez okolicznych mieszkańców, aż w końcu nasza znajoma wzięła ją do swojego domu. Nie mogła jej jednak zatrzymać, bo miała już swojego psa. Pomyślała o nas, gdyż trzy miesiące wcześniej po chorobie odszedł nasz piesek. Pojechaliśmy suczkę tylko obejrzeć, ale wróciliśmy już z nowym domownikiem.
Początki nie były proste. Tak wyglądał kiedyś mój powrót z pracy. I pomyśleć, że to dzieło jednego małego pieska :-)Dzisiaj już nie czyni takich szkód. Bardzo się do nas przywiązała, zwłaszcza do mnie. Ale nadal źle znosi samotność w domu. Każdorazowy nasz powrót do pracy po wakacjach (oboje z mężem pracujemy w szkole) okupiony był stresem naszym, jej i chyba jeszcze sąsiadów. Z powodu epidemii od połowy marca nie pracowaliśmy stacjonarnie i pies był ciągle z nami. Teraz po ponad pięciu miesiącach szykuje się nam rozłąka, boję się jak to ona zniesie. Może ktoś z was ma jakieś mądre rady? Będę wdzięczna :-)











