poniedziałek, 12 października 2026

Jak prawie zostałam królową

czyli pierwsza próba zdobycia Rysów

Dwa lata temu zastanawiałam się Czy zostanę kiedyś królową, a rok temu pisałam, że Od koronacji dzieli mnie jeden krok. 
Razem z mężem chodząc po górach dla przyjemności, jakiś czas temu zorientowaliśmy się, że mamy zdobytych wiele szczytów, które znajdują się na liście Korony Gór Polski. Postanowiliśmy wejść na wszystkie, dla własnej satysfakcji, nie zbierając potwierdzeń w postaci pieczątek.
W zeszłym roku zamknęliśmy listę na 27 szczytach, został jeden, ten najbardziej wymagający - Rysy.
Plan na ten sezon letni był oczywisty - wejść na najwyższy szczyt w polskich górach.
Plany planami, a życie życiem. 
Moje obowiązki związane z opieką nad mamą, nie pozwalały mi na dowolne dysponowanie czasem, na wyjazdy w góry i budowanie formy. Wręcz przeciwnie osłabiały mnie fizycznie i psychicznie. 
Nadszedł czas wakacji i postanowiłam wyrwać dla siebie kilka dni wolnego, żeby oderwać się od rutyny obowiązków, uwolnić choć na chwilę głowę i naładować baterie, żeby mieć siły na kolejne tygodnie opieki.
Pojechaliśmy na Spisz, by stamtąd eksplorować trochę Pieniny, trochę łatwe trasy w Tatrach i po tzw. rozchodzeniu się uderzyć na Rysy (2501m npm). 
W grę wchodziło tylko podejście od strony słowackiej, bo jest łatwiejsze niż to od polskiej strony - mniej drabinek i łańcuchów.
Niestety wyjeżdżaliśmy w deszczu i taka pogoda miała utrzymywać się niemal przez cały nasz pobyt.
Jedyne okno pogodowe miało być w drugim dniu naszego urlopu. 
Tak więc bez żadnego przygotowania kondycyjnego ruszyliśmy na "rekonesans". Tak to nazwał mój mąż. Mówił: pojedźmy, zobaczymy, gdzie się parkuje, przejdziemy fragment trasy, może tylko do wodospadów, maksymalnie do Żabiego Plesa. Nie będziemy już podchodzić trawersem do drabinek i łańcuchów.
Ok, więc tylko takie rozeznanie się. Pojechaliśmy.
Warunki pogodowe były wymarzone: słońce, ale bez upału. Środek tygodnia, turystów niewielu.
Szło się bardzo dobrze. Byłam zaskoczona tym, że nie łapię zadyszki, że nogi mnie niosą. Kiedy doszliśmy do rzeczonego Żabiego Plesa, mąż zapytał: Wracamy? A ja: No coś ty, idziemy dalej!
Szłam krok za krokiem, nabierałam wysokości, nie przerażała mnie wysokość, otwarta przestrzeń i nawet byłam w stanie od czasu do czasu robić zdjęcia.
Napędzana adrenaliną wspiełam się po dwóch drabinkach, pokonałam fragment ubezpieczony łańcuchami i parłam pod górę, na tył głowy spychając myśl, że tą samą trasą będę musiała zejść w dół.
Zauważyłam jednak z niepokojem, że im wyżej jestem, tym gorzej się czuję. Zaczynała boleć mnie głowa, miałam lekkie zawroty i pojawiały się mdłości. Mimo regularnego podjadania i nawadniania się, objawy nie ustępowały, tylko się nasilały. 
Kiedy doszłam do schroniska "Chata Pod Rysami" (2250 m npm), wiedziałam, że wyżej już nie wejdę. Nie tym razem. 
Zabrakło niewiele - 251 metrów w górę. To naprawdę niewiele. Ale ten fragment jest najniebezpieczniejszy.
Musiałam myśleć realnie, trzeba było jeszcze wrócić. Mąż beze mnie też nie poszedł już wyżej. Po odpoczynku, posileniu się ciepłą zupą soczewicową, zdecydowaliśmy się na odwrót. 
Wejście było trudne, ale zejście jeszcze trudniejsze. Trzeba patrzeć non stop, gdzie stawia się stopy, to nie jest czas na podziwianie widoków. Zejście po drabinkach nie należy do przyjemnych przeżyć dla kogoś, kto ma lęk wysokości, a przeprawa po łańcuchach była najtrudniejszym wyzwaniem, które na długo zapadło mi w pamięć. No, ale skoro to piszę, to znaczy, że dałam radę. Dużym wsparciem był mąż i przypadkowa turystka, która instruowała mnie, gdzie stawiać stopy.
Po pokonaniu tych przeszkód było już dobrze, im niżej tym głowa mniej bolała, aż w końcu ból zupełnie odpuścił. 
Doświadczyłam więc objawów choroby wysokościowej. Sama sobie jestem winna, bo weszłam tak wysoko, bez uprzedniej aklimatyzacji.
Plany były, żeby za kilka dni spróbować jeszcze raz, ale jeszcze tego samego wieczora musieliśmy je porzucić, przerwać urlop i wrócić do domu. Stan mamy nagle się pogorszył i tydzień później odeszła...
Potem jeszcze mąż przy pracach ogródkowych uszkodził sobie kolano i góry musiały pójść na jakiś czas w odstawkę.
Nie porzucamy jeszcze myśli o domknięciu projektu Korona Gór Polski. 
Spróbujemy w przyszłym roku ponownie. Być może zabukujemy nocleg W Chacie Pod Rysami i wejdziemy na raty, jeszcze nie wiem...
Ostatnio moją inspiracją stała się pani Krystyna spod Opola (l.84), która w tym roku weszła na Rysy w asyście swojej rodziny i znajomych. Jej historia była hitem w Internecie. Szczyty do Korony zaczęła zdobywać 7 lat temu, czyli przed osiemdziesiątką, a Rysy były ostatnim szczytem w kolekcji.
Poczułam, że mam jeszcze dużo czasu przed sobą, nie muszę się spieszyć;-)
Wystartowaliśmy ok. 6:30. Najpierw 4 km asfaltową drogą do Popradzkiego Plesa.
Nad Popradzkim Plesem byliśmy ok. 8:00
Pierwsza sesja przy charakterystycznym mostku po 40 minutach wspinaczki.
O 10:30 dotarliśmy nad Żabie Pleso. To stąd po 4 godzinach wędrówki mieliśmy zawrócić.
Ruszyliśmy dalej pod górę. Roślinność regla górnego, kosodrzewiny i piętro alpejskie zostawiliśmy za sobą, przed nami już tylko głazy.
Patrzę w dół - Żabie Pleso wydaje się być coraz mniejsze...
Patrzę w górę - widzę już schronisko... a dokładniej toalety;-)
Bół głowy dokucza mi coraz bardziej.
Tuż przy Chacie Pod Rysami - widać, że ból już rozsadza mi głowę.
Uśmiecham się, ale było mi przykro, że podjęłam decyzję o odwrocie...
Godzina 12:30 - wejście do Chaty Pod Rysami zajęło nam 6 godzin, zdecydowanie dłużej niż czas pokazywany na tabliczkach, ale przecież nie startowaliśmy w wyścigu:-)
Myślałam, że siedząc na tarasie schroniska patrzę na Rysy, ale nie - To Ciężki Szczyt (2500m npm). Żeby zobaczyć wierzchołek Rysów, musiałabym podejść trochę wyżej w stronę Przełęczy pod Wagą. Nie wiedziałam o tym. Tak więc mam kolejny powód, żeby tam kiedyś wrócić.
To też nie Rysy, to Wysoka (2547m npm)
W drodze powrotnej widzieliśmy kozicę.
Okolice Żabiego Plesa - jest dużo niżej, czuję się już zupełnie dobrze.
Schodzimy jeszcze kilkadziesiąt metrów niżej i po gołych głazach nie ma śladu...
Znów można cieszyć oczy zielenią...

Nasza wędrówka zajęła nam 12 godzin. Dużo, bardzo dużo biorąc pod uwagę fakt, że nie weszliśmy na Rysy. Myśląc o ponownej próbie, musimy po pierwsze poprawić kondycję, po drugie wcześniej wystartować, albo zaplanować nocleg w schronisku. Zobaczymy co przyniesie przyszłość.
No i nie mam zdjęć z najbardziej wymagających fragmentów wspinaczki, czy późniejszego zejścia. Ale w stresie ani przez chwilę nie pomyślałam, żeby wyjąć telefon i podczas pokonywania drabinek czy łańcuchów robić sobie pamiątkowe zdjęcia. To nie na moje nerwy;-)

niedziela, 4 października 2026

Płomienna 2.0

czyli otwieram serię postów z cyklu: "Upcykling"

    Tegoroczne lato dziewiarsko upłynęło mi głównie na przeróbkach. Na warsztat wzięłam chusty, które wydziergałam trzy lata temu. Wszystkie nosiłam regularnie w sezonach zimowych i trochę mi się już opatrzyły i znudziły. Dlatego postanowiłam je spruć i wydziergać na nowo, nadając im inną formę.

Pierwszą na cel wybrałam "Płomienną". 
    Jak widać pierwsza Płomienna przerabiana była od brzegu, nie od środka, przez dodawanie do połowy wielkości robótki z jednej strony po jednym oczku w co drugim rzędzie, zaś w drugiej połowie oczko było odejmowane. Efekt: kolory przechodzą jeden w drugi w układzie pionowym. I właśnie ten układ chciałam zmienić.

    Nową wersję zaczęłam klasycznie od środka, poszerzałam ją dodając po 4 oczka w rzędach na prawej stronie (dwa na brzegach i dwa na środku). Choć może być trudno stwierdzić, która strona jest prawa, gdy się przerabia same prawe oczka po obu stronach. Dlatego radzę sobie zaznaczyć markerem początek robótki na prawej stronie.

    Gdybym zwiększała rozmiar chusty klasycznie, otrzymałabym trójkąt równoramienny, a ja nie za bardzo lubię taki kształt. Wolę formę trójkąta równobocznego, gdzie oś symetrii nie jest zbyt długa, ale za to ramiona trójkąta są znacznie wydłużone. Taki efekt uzyskuję stosując rzędy skrócone. Jeżeli się dobrze przyjrzeć, to można zauważyć, że między ażurowymi wstawkami, fragmenty garterowe delikatnie rozszerzają się w kierunku na zewnątrz.

    Dziurki powstają przez zamknięcie dwóch oczek na prawo, nabranie dwóch narzutów, i przerobienie dwóch oczek razem na lewo.

Dół chusty wykończyłam delikatnymi pikotkami przerabianymi na drutach:
  • zamknęłam 3 oczka
  • przełożyłam oczko z prawego drutu na lewy
  • nabrałam na lewy drut 4 oczka metodą dziewiarską, czyli wbijałam drut miedzy oczka, wyciągałam nitkę i zakładałam na drut
  • zamknęłam te 4 nowe oczka przerabiając je i przeciągając jedno przez drugie
  • ta sekwencja była powtarzana do końca robótki.

    Uwielbiam w dziewiarstwie to, że można ze starego zrobić coś nowego, jeśli tylko jakość włóczki jest na tyle dobra, że prucie jej nie zaszkodzi.

    Myślę, że co najmniej trzy kolejne sezony ta chusta będzie mi grzała szyję, na zmianę z tymi, które pokażę w kolejnych postach;-)

niedziela, 20 września 2026

Sparrow Song Sweater

czyli kończę serię Dropsowych swetrów

    Całe szczęście, że Sparrow Song, czyli Wróbli Śpiew to nie to samo, co łabędzi śpiew. Zapewniam, że nie zamierzam się żegnać ani z dzierganiem, ani z blogowaniem.
    Choć moja obecność tutaj straciła nieco na częstotliwości i regularności, to nie znaczy, jakobym miała ochotę rezygnować z tego miejsca w sieci. 
Mam duży sentyment do tego swoistego pamiętnika, a zwłaszcza do postów sprzed lat. Czasami do nich zaglądam i przypominam sobie na jakim etapie rękodzielniczym i życiowym wtedy byłam. Uwielbiam wracać do rozmów z Wami i czytając te starsze komentarze na przemian raz kręci się łezka w oku, innym razem uśmiech nie schodzi mi z twarzy. 
Robię się sentymentalna - czyżbym się starzała??? 
Osiem lat blogowania to nie w kij dmuchał, choć, gdzie mi do niektórych z Was blogujących regularnie od ponad 15 lat. 
Pozdrawiam w tym miejscu Sivkę, Dorotę, Annę, Honoratę, Renię, Agatę, Marię i wszystkie z Was, które macie blogowy staż dłuższy niż mój i regularnie dbacie o swoje miejsce w blogosferze. Podziwiam Waszą systematyczność i konsekwencję.

Do dzisiejszego posta podchodziłam co najmniej trzy razy, zaczynałam i odpuszczałam wkurzona na powolność mojego WIFI, która sprawiała, że szukanie obrazów z Zdjęciach Google było jakimś horrorem. 
Dzisiaj nadal prędkość przesyłu danych jest niezadowalająca, ale już nie odkładam pisania na później, tylko idę na kompromis i zamieszczam te zdjęcia, które udało mi się znaleźć i otworzyć.

Wzór dla swetra Sparrow Song zaczerpnęłam ze strony Drops Design. Tak jak poprzednie dropsowe projekty, tak i ten dostosowałam do swoich potrzeb i to nie jeden raz;-)
Na wstępie zamieniałam włóczkę: oryginał dziergany jest z Nord Drops, ja użyłam Safran Drops.
W mojej pierwszej wersji korpus był modelowany rzędami skróconymi i z tyłu był dłuższy niż z przodu, a rękawy i dół swetra wykończyłam i-cordem.
Niestety, finalnie nie czułam się dobrze w takiej odsłonie, bo przód był trochę za krótki i kiedy podnosiłam rękę do góry równocześnie odsłaniałam to, co w moim zamyśle sweter miał zakrywać;-)
Dlatego sprułam do fragmentu, kiedy wcześniej zaczynałam modelować półokrągły tył, przerobiłam kilka dodatkowych centymetrów dżersejem i dodałam szeroki ściągacz. Taki sam ściągacz powtórzyłam przy rękawach. Przy dekolcie pozostawiłam i-cord.
Pierwszą wersję skończyłam jeszcze w czerwcu, drugą na pewno nie poźniej niż w sierpniu, przynajmniej tak wnioskuję z daty sesji zdjęciowej, ale jeszcze ani razu nie miałam okazji założyć go i wyjść. Tegoroczne lato było wyjątkowo ciepłe. Jednak powoli zbliża się jesień i moja kolekcja bawełnianych swetrów będzie na pewno w użyciu. Mam ich tyle, że przez dwa tygodnie mogę zakładać codziennie inny.  
Czy to jest jeszcze normalne, czy to już objaw swetromanii;-)