czyli pierwsza próba zdobycia Rysów
Dwa lata temu zastanawiałam się Czy zostanę kiedyś królową, a rok temu pisałam, że Od koronacji dzieli mnie jeden krok.
Razem z mężem chodząc po górach dla przyjemności, jakiś czas temu zorientowaliśmy się, że mamy zdobytych wiele szczytów, które znajdują się na liście Korony Gór Polski. Postanowiliśmy wejść na wszystkie, dla własnej satysfakcji, nie zbierając potwierdzeń w postaci pieczątek.
W zeszłym roku zamknęliśmy listę na 27 szczytach, został jeden, ten najbardziej wymagający - Rysy.
Plan na ten sezon letni był oczywisty - wejść na najwyższy szczyt w polskich górach.
Plany planami, a życie życiem.
Moje obowiązki związane z opieką nad mamą, nie pozwalały mi na dowolne dysponowanie czasem, na wyjazdy w góry i budowanie formy. Wręcz przeciwnie osłabiały mnie fizycznie i psychicznie.
Nadszedł czas wakacji i postanowiłam wyrwać dla siebie kilka dni wolnego, żeby oderwać się od rutyny obowiązków, uwolnić choć na chwilę głowę i naładować baterie, żeby mieć siły na kolejne tygodnie opieki.
Pojechaliśmy na Spisz, by stamtąd eksplorować trochę Pieniny, trochę łatwe trasy w Tatrach i po tzw. rozchodzeniu się uderzyć na Rysy (2501m npm).
W grę wchodziło tylko podejście od strony słowackiej, bo jest łatwiejsze niż to od polskiej strony - mniej drabinek i łańcuchów.
Niestety wyjeżdżaliśmy w deszczu i taka pogoda miała utrzymywać się niemal przez cały nasz pobyt.
Jedyne okno pogodowe miało być w drugim dniu naszego urlopu.
Tak więc bez żadnego przygotowania kondycyjnego ruszyliśmy na "rekonesans". Tak to nazwał mój mąż. Mówił: pojedźmy, zobaczymy, gdzie się parkuje, przejdziemy fragment trasy, może tylko do wodospadów, maksymalnie do Żabiego Plesa. Nie będziemy już podchodzić trawersem do drabinek i łańcuchów.
Ok, więc tylko takie rozeznanie się. Pojechaliśmy.
Warunki pogodowe były wymarzone: słońce, ale bez upału. Środek tygodnia, turystów niewielu.
Szło się bardzo dobrze. Byłam zaskoczona tym, że nie łapię zadyszki, że nogi mnie niosą. Kiedy doszliśmy do rzeczonego Żabiego Plesa, mąż zapytał: Wracamy? A ja: No coś ty, idziemy dalej!
Szłam krok za krokiem, nabierałam wysokości, nie przerażała mnie wysokość, otwarta przestrzeń i nawet byłam w stanie od czasu do czasu robić zdjęcia.
Napędzana adrenaliną wspiełam się po dwóch drabinkach, pokonałam fragment ubezpieczony łańcuchami i parłam pod górę, na tył głowy spychając myśl, że tą samą trasą będę musiała zejść w dół.
Zauważyłam jednak z niepokojem, że im wyżej jestem, tym gorzej się czuję. Zaczynała boleć mnie głowa, miałam lekkie zawroty i pojawiały się mdłości. Mimo regularnego podjadania i nawadniania się, objawy nie ustępowały, tylko się nasilały.
Kiedy doszłam do schroniska "Chata Pod Rysami" (2250 m npm), wiedziałam, że wyżej już nie wejdę. Nie tym razem.
Zabrakło niewiele - 251 metrów w górę. To naprawdę niewiele. Ale ten fragment jest najniebezpieczniejszy.
Musiałam myśleć realnie, trzeba było jeszcze wrócić. Mąż beze mnie też nie poszedł już wyżej. Po odpoczynku, posileniu się ciepłą zupą soczewicową, zdecydowaliśmy się na odwrót.
Wejście było trudne, ale zejście jeszcze trudniejsze. Trzeba patrzeć non stop, gdzie stawia się stopy, to nie jest czas na podziwianie widoków. Zejście po drabinkach nie należy do przyjemnych przeżyć dla kogoś, kto ma lęk wysokości, a przeprawa po łańcuchach była najtrudniejszym wyzwaniem, które na długo zapadło mi w pamięć. No, ale skoro to piszę, to znaczy, że dałam radę. Dużym wsparciem był mąż i przypadkowa turystka, która instruowała mnie, gdzie stawiać stopy.
Po pokonaniu tych przeszkód było już dobrze, im niżej tym głowa mniej bolała, aż w końcu ból zupełnie odpuścił.
Doświadczyłam więc objawów choroby wysokościowej. Sama sobie jestem winna, bo weszłam tak wysoko, bez uprzedniej aklimatyzacji.
Plany były, żeby za kilka dni spróbować jeszcze raz, ale jeszcze tego samego wieczora musieliśmy je porzucić, przerwać urlop i wrócić do domu. Stan mamy nagle się pogorszył i tydzień później odeszła...
Potem jeszcze mąż przy pracach ogródkowych uszkodził sobie kolano i góry musiały pójść na jakiś czas w odstawkę.
Nie porzucamy jeszcze myśli o domknięciu projektu Korona Gór Polski.
Spróbujemy w przyszłym roku ponownie. Być może zabukujemy nocleg W Chacie Pod Rysami i wejdziemy na raty, jeszcze nie wiem...
Ostatnio moją inspiracją stała się pani Krystyna spod Opola (l.84), która w tym roku weszła na Rysy w asyście swojej rodziny i znajomych. Jej historia była hitem w Internecie. Szczyty do Korony zaczęła zdobywać 7 lat temu, czyli przed osiemdziesiątką, a Rysy były ostatnim szczytem w kolekcji.
Poczułam, że mam jeszcze dużo czasu przed sobą, nie muszę się spieszyć;-)
![]() |
| Wystartowaliśmy ok. 6:30. Najpierw 4 km asfaltową drogą do Popradzkiego Plesa. |
![]() |
| Nad Popradzkim Plesem byliśmy ok. 8:00 |
![]() |
| Pierwsza sesja przy charakterystycznym mostku po 40 minutach wspinaczki. |
![]() |
| O 10:30 dotarliśmy nad Żabie Pleso. To stąd po 4 godzinach wędrówki mieliśmy zawrócić. |
![]() |
| Ruszyliśmy dalej pod górę. Roślinność regla górnego, kosodrzewiny i piętro alpejskie zostawiliśmy za sobą, przed nami już tylko głazy. |
![]() |
| Patrzę w dół - Żabie Pleso wydaje się być coraz mniejsze... |
![]() |
| Patrzę w górę - widzę już schronisko... a dokładniej toalety;-) |
![]() |
| Bół głowy dokucza mi coraz bardziej. |
![]() |
| Tuż przy Chacie Pod Rysami - widać, że ból już rozsadza mi głowę. |
![]() |
| Uśmiecham się, ale było mi przykro, że podjęłam decyzję o odwrocie... |
![]() |
| Godzina 12:30 - wejście do Chaty Pod Rysami zajęło nam 6 godzin, zdecydowanie dłużej niż czas pokazywany na tabliczkach, ale przecież nie startowaliśmy w wyścigu:-) |
![]() |
| To też nie Rysy, to Wysoka (2547m npm) |
![]() |
| W drodze powrotnej widzieliśmy kozicę. |
![]() |
| Okolice Żabiego Plesa - jest dużo niżej, czuję się już zupełnie dobrze. |
![]() |
| Schodzimy jeszcze kilkadziesiąt metrów niżej i po gołych głazach nie ma śladu... Znów można cieszyć oczy zielenią... |
Nasza wędrówka zajęła nam 12 godzin. Dużo, bardzo dużo biorąc pod uwagę fakt, że nie weszliśmy na Rysy. Myśląc o ponownej próbie, musimy po pierwsze poprawić kondycję, po drugie wcześniej wystartować, albo zaplanować nocleg w schronisku. Zobaczymy co przyniesie przyszłość.
No i nie mam zdjęć z najbardziej wymagających fragmentów wspinaczki, czy późniejszego zejścia. Ale w stresie ani przez chwilę nie pomyślałam, żeby wyjąć telefon i podczas pokonywania drabinek czy łańcuchów robić sobie pamiątkowe zdjęcia. To nie na moje nerwy;-)


























































