czwartek, 16 kwietnia 2020

Jak długo?

Od dzisiaj  w przestrzeni publicznej obowiązkowo zasłaniamy usta i nos. 
Uszyłam kilka sztuk maseczek z tego, co udało mi się w domu wygrzebać, tzn. z resztek bawełnianej zasłony, którą swego czasu musiałam skrócić oraz z, poświęconej specjalnie w tym celu, bawełnianej poszewki na poduszkę. Nie wspięłam się na wyżyny kunsztu krawieckiego, zresztą niespecjalnie mi na tym zależało. 

Generalnie zaczynam obserwować u siebie postępujące zniechęcenie, do wszystkiego. 
Właściwie prawie nie wychodzę z domu, jedynie na poranny spacer z psem. Popołudniowy i wieczorny obsługują pozostali domownicy. 
Nie chodzę na zakupy - przejęła je córka, która dla swojej higieny psychicznej chętnie wyrywa się na ten moment z domu.
Monotonia domowej izolacji zaczyna odbijać się na mojej psychice. Trudno zmobilizować się do czegokolwiek. Nie robię porządków w szafach, nie biegam non stop ze ścierką. Nie nadrabiam zaległości w czytaniu, bo trudno mi się skupić. Z tego samego powodu nie oglądam filmów czy seriali. Brak mi motywacji. 
Do tego dokłada się jeszcze tragifarsa polskiej sceny politycznej oraz niepewność sytuacji gospodarczej i tego, jak kryzys się odbije się na naszym domowym budżecie. Trudno się od tego odciąć. I chyba nie chcę, bo jednak wolę być świadomą tego, co się w kraju dzieje. 

Stres powoduje bezsenność. Niewyspanie jest powodem stresu. Koło się zamyka.

Przed totalnym ześwirowaniem chroni mnie hobby. Ciągle chce mi się jeszcze brać do ręki druty. Chociaż na chwilę w ciągu dnia. Całe szczęście, że mam tę pasję i możliwość jej realizowania. W przeciwnym razie dostałabym do głowy... Ale jak długo jeszcze dam radę?

W pionie trzyma mnie też praca. Choć narzekam na uciążliwości zdalnego nauczania i na permanentne zmęczenie, to cieszę się, że ją mam.

Minął miesiąc od kiedy świadczymy pracę na odległość. 

Pisałam już wcześniej tutaj oraz tutaj o początkach takiej formy pracy z uczniami oraz o tym, jakie jest to  dla mnie wyzwanie i obciążenie. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że taka forma nauki jest też wielkim stresem i obciążeniem dla uczniów i ich rodziców. Ale ja skupię się na swojej perspektywie.

Nie jestem fanką mediów społecznościowych, rzadko utrzymuję kontakty za ich pośrednictwem nawet z członkami rodziny. Jak się głębiej nad tym zastanowię, to dochodzę do wniosku, że nie lubię nawet pisać sms-ów. 
A teraz przychodzi mi pisać i odbierać kilkaset wiadomości tygodniowo. Przy czym nie wystarczy odczytać wiadomości od ucznia. Zazwyczaj jest w niej materiał, który będę musiała ocenić. Nie jestem w stanie zrobić tego od ręki. Moja skrzynka pocztowa w e-dzienniku to wielki misz-masz. Piszą uczniowie różnych klas, w sprawie różnych przedmiotów (uczę trzech), czasami trzeba odpowiedzieć na maile rodziców uczniów, czasami skontaktować się z innymi nauczycielami.

Jak wygląda mój typowy dzień w pracy? 

Rano, nie trzymając się rozkładu godzin lekcyjnych, via e-dziennik wysyłam uczniom przygotowane wcześniej lekcje. Właściwie wysyłam im tylko link do materiałów, które mam skatalogowane przedmiotami i klasami, a następnie datami na moim prywatnym dysku Google. Są to bądź odniesienia do konkretnych tematów i ćwiczeń w podręcznikach, bądź przygotowane przeze mnie karty pracy, prezentacje multimedialne itp. 
Uczniowie dostają coś na kształt mini wykładu popartego przykładami oraz ćwiczenia. Czasami muszą zrobić coś na ocenę, bo niestety nasz system edukacji nie funkcjonuje bez oceniania. Dostają też konkretny termin odsyłania zadań. 

I wtedy zaczyna się praca.

Każdą wiadomość trzeba otworzyć, skopiować, przenieść do odpowiedniego folderu (przedmiot/klasa/treść zadania/termin wykonania), opatrzyć nazwiskiem ucznia i datą.
Uczniowie nadsyłają wiadomości całymi dniami, a nawet nocami. Nie mogę sobie powiedzieć, ok. pracę zaczęłam o 8:00, więc o 16:00 się wylogowuję i mam wolne. Następnego dnia nie będę wiedziała, w co najpierw włożyć ręce. Więc wieczorem siadam jeszcze raz do dziennika i odbieram wiadomości.

W międzyczasie trzeba przygotować materiały na następny dzień oraz znaleźć czas na sprawdzenie zadań, które są na ocenę. Fatalnie sprawdza się w wersji elektronicznej, trwa to kilka razy dłużej niż tradycyjnie.

Ach! Zapomniałam jeszcze powiedzieć, że potwierdzeniem mojej zdalnej pracy nie jest fakt wysłania uczniom poleceń, nawet nie jest nim fakt wpisania tematu do dziennika, lecz jest nim wypełnienie dodatkowego formularza Excel, w którym trzeba wpisać klasę, przedmiot, temat, datę, godzinę oraz .... treść zajęć. Na koniec tygodnia odsyła się to dyrekcji. Tak wygląda e-biurokracja. Jakbym nie miała nic innego do roboty.

Uczniowie się gubią w tym, co już zrobili, a co jeszcze mają zrobić. Nie są zorganizowani. Dlatego dostaję wiele wiadomości typu: Dlaczego dostałem jedynkę, przecież wszystko wysłałem w terminie? Ja mam wtedy dodatkową robotę, bo w tych setkach wiadomości odebranych muszę znaleźć te od konkretnego ucznia i sprawdzić, czy rzeczywiście ma rację. Nigdy nie ma. Odsyłam mu moje polecenia i jego własne wiadomości, żeby sobie przypomniał, co miał zrobić i o czym zapomniał.
Albo inna dość typowa wymówka: Miałem problem z dostępem do Internetu nie odebrałem wiadomości na czas. Ja znowu grzebię, tym razem w wysłanych wiadomościach, klikam funkcję, kto odczytał, a kto nie. I mam czarno na białym z godziną podaną co do sekundy, kiedy uczeń otworzył wiadomość. Muszę mu wtedy napisać umoralniającego maila, żeby nie próbował mnie w przyszłości oszukiwać.

A propos, oszukiwać. 

Na początku zdalnego nauczania odniosłam wrażenie, że większość uczniów pracuje samodzielnie i nawet wyraziłam swój podziw i zadowolenie w tym poście. Muszę jednak zweryfikować swoją opinię - uczniowie masowo stosują metodę: jeden robi, reszta kopiuje. I chociaż tego nie lubię, muszę znowu pisać moralniaki i obniżać oceny.

Nie pracuję przed kamerką w czasie rzeczywistym. I po tym, co zobaczyłam w Internecie - nie zamierzam. W sieci można łatwo znaleźć filmiki z tym, co uczniowie potrafili robić na lekcjach online. Włos się jeży na głowie: zalogowane obce osoby, wulgaryzmy, obsceniczne gesty. Nie, nikt mnie do tego nie zmusi, never.

Mniej więcej tak wygląda moja praca w czasach pandemii. Jestem cały czas w pracy. Jestem zmęczona, wyprana psychicznie.
Moje nastroje to ciągła sinusoida. Można to zauważyć nawet w treści tego posta - zaczęłam bardzo minorowo, bo też tak się czułam, kończę już w trochę lepszym nastroju - blogowanie ma działanie terapeutyczne.

Zadaję sobie jednak pytanie: Jak długo?
Jak długo to jeszcze potrwa? 
Izolacja, ograniczenia, maseczki, nauka przez Internet i wszystko, co z tym wiąże?
Jak długo wytrzymam to ja, moi bliscy, moi uczniowie, my wszyscy?

niedziela, 5 kwietnia 2020

Mój pierwszy raz

czyli kiedy zaczęłam dziergać 

Zwolnienie tempa życia, które narzuca nam obowiązkowa izolacja, skłania do refleksji, do sięgnięcia pamięcią wstecz. Dlatego dzisiaj post wspominkowy.

Pewnie każda z nas, blogujących dziewiarek, zastanawiała się kiedyś nad tym, jak to się w jej przypadku zaczęło. Często czytam: robię na drutach od zawsze, szydełkuję od kiedy pamiętam. 
Nie inaczej jest w moim przypadku. 
Nie potrafię powiedzieć z całkowitą pewnością ile miałam lat, kiedy Mama nauczyła mnie pierwszych oczek szydełkowego łańcuszka oraz pierwszych słupków i półsłupków. Na pewno były to młodsze klasy szkoły podstawowej, może druga, może trzecia klasa. Pamiętam jednak bardzo dobrze uczucia i emocje, które mi wtedy towarzyszyły. Denerwowałam się, bo choć Mama cierpliwie pokazywała mi jak trzymać szydełko i włóczkę, i co po kolei robić, żeby powstał najpierw łańcuszek, a potem pierwszy i drugi rządek robótki, ja nie potrafiłam "załapać", o co w tym wszystkim chodzi. Pamiętam też, że pewnej nocy miałam "tutorialowy" sen - przyśniło mi się, co mam robić, krok po kroku. I... rano już wiedziałam. Potem wystarczyło wziąć do ręki szydełko i zacząć robótkę. Nie przypominam sobie, co to było. Mogę się tylko domyślać, że coś najbardziej podstawowego, jakaś próbka, może szalik dla lalki.
Na drutach nauczyłam się robić niedługo później. Jednak już bez tak spektakularnych iluminacji. 

Przypominam sobie zajęcia ZPT (zajęcia praktyczno-techniczne) - mieliśmy zrobić na drutach szalik - byłam święcie oburzona, że niektórym moim koleżankom, a na pewno wszystkim kolegom z klasy, szaliki te wydziergały mamy albo babcie. Ja swój zrobiłam samodzielnie.

Pamiętam lato przed pójściem do czwartej klasy. Z koleżankami przeskakiwałyśmy niski płot i wchodziłyśmy na teren osiedlowego przedszkola (zamkniętego na czas wakacji), na trawie rozkładałyśmy kocyki i z kolorowego kordonka szydełkowałyśmy ubranka dla bardzo modnych wtedy laleczek bobasków. Lalki były niewielkie ok. 20 cm, plastikowe, kupowane przeważnie w kiosku Ruchu albo na odpustowym kramie. Mogły być rasy białej lub czarnej - to był hit. Żadna z nas oczywiście nie mówiła, że ma lalkę rasy czarnej, wtedy normalne i poprawne politycznie było powiedzenie, że ma się laleczkę murzynkę. Mając te 10-11 lat już się trochę wstydziłam poprosić Rodziców o taką zabawkę, że niby za stara jestem na bawienie się lalkami, ale dostałam taką i dla niej robiłam pierwsze szydełkowe ubranka.

Mniej więcej w tym samym czasie dostałam od Rodziców zestaw pocztówek z postaciami z bajki o Misiu Uszatku. Jakież piękne ubranka miał Uszatek i jego koleżanki Lalki oraz inne postacie. Nie wszystkie były dziergane, ale była to niewątpliwie wielka inspiracja, która podziałała mi na wyobraźnię. Wykorzystałam ją później robiąc ubranka dla lalek moich Córek. 

Mama pracowała w zakładach chemicznych, w których do czyszczenia różnych elementów maszyn używało się odpadów poprodukcyjnych z zakładów dziewiarskich. Czasami przynosiła do domu skłębione, porwane i karbowane po pruciu kolorowe resztki, które później pieczołowicie rozplątywała, związywała i zwijała w kłębek. Z takiej włóczki robiło się modne w latach 80-tych getry w paski i szaliki tak długie, że będąc nawet kilkukrotnie owinięte wokół szyi, to i tak ich końce sięgały prawie do ziemi.
Właśnie z takiej włóczki (bo przecież nie wełny) zrobiłam swój pierwszy w życiu sweter. Byłam wtedy w szóstej klasie, na zdjęciu poniżej mam go na sobie podczas rajdu górskiego w klasie siódmej. Robiony był na prostych drutach, w kawałkach, od dołu do góry. Bardzo długo nie wiedziałam, że można inaczej. Jak widać był w paseczki, granatowo-turkusowe - tego akurat nie widać. Bardzo byłam z niego dumna i często go nosiłam.
W połowie lat 80-tych modny był motyw róży. W ten deseń drukowane były koszulki, bluzy i swetry. Ja nie miałam takiej modnej części garderoby - musiałam ją sobie sama wydziergać. Zrobiłam kamizelkę, a właściwie luźny sweter bez rękawów, wrabiając od przodu motyw róż. Był to mój pierwszy żakard. Nie został niestety uwieczniony na zdjęciu.
Mam za to zdjęcie mojego drugiego żakardu. Ten rozpinany sweter zrobiłam już po maturze, czyli na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Chodziłam w nim na zajęcia do kolegium językowego.
W tym samym czasie modne były także oversize'owe swetry robione ściegiem patentowym, czyli brioszką. Nie miałam pojęcia jak ten ścieg się nazywa, ale odnalazłam go w książce "1000... splotów na drutach i szydełkiem" i na podstawie rysunków nauczyłam się go dziergać. Na zdjęciu poniżej jest  jedyny jak do tej pory sweter, który zrobiłam tym ściegiem.
Z drutami praktycznie się nie rozstawałam - dziergałam nawet będąc w ciąży, choć słyszałam, że nie powinnam tego robić, bo zaszkodzi to dziecku, bo będzie poowijane pępowiną itd., itp. Nic takiego oczywiście nie miało miejsca.
Robótkowałam na wakacjach. Tu akurat miałam ze sobą szydełko.
Czasami zabierałam ze sobą druty.
 Oczywiście robótkowałam też  w domu.
Efekty mojej pracy od zawsze nosiły moje dzieci.
Obecnie nadal robię głównie dla Córek, choć i o sobie nie zapominam. Mąż jest dziewiarsko trochę zaniedbany, ale to dlatego, że nie upomina się, żebym mu coś wydziergała.

Z góry przepraszam za jakość zdjęć, ale po pierwsze są to "zdjęcia zdjęć" robionych 30 lat temu, a po drugie, tym razem nie pytałam Córek o zgodę na publikację, więc zapobiegliwie je rozmyłam.

Ciekawa jestem Waszych wspomnień związanych z nauką robienia na drutach czy szydełku. Będzie mi miło, jeśli podzielicie się nimi w komentarzach.

piątek, 27 marca 2020

Padam na twarz

czyli jak nauczyciel pracuje zdalnie

Daje mi w kość. 
Ten tydzień zdalnej pracy daje mi w kość, dosłownie. Boli mnie kark, głowa, oczy, kręgosłup. Dlaczego? Praktycznie całe dnie spędzam przed komputerem. Nie wiem, czy muszę. Zapewne mogłabym narzucić sobie reżim maksymalnie 8 godzin, tak jak mówi kodeks pracy, ale wiem, że jeśli nie „obrobię się” na bieżąco, to w kolejnych dniach „utonę” w zaległościach.

Zakładając bloga przekonana byłam, że będę pisać tylko i wyłącznie na tematy okołodziewiarskie. Obecna sytuacja niejako wymusza też inne tematy. Zresztą, podtytuł bloga "pomieszane z poplątanym" uprawnia mnie do tego.

Jestem nauczycielem, pisałam już o tym w poprzednim poście. Od 12 marca prowadzimy lekcje zdalnie. Do 24 marca były to tylko powtórki i materiały rozwijające zainteresowania, nie było podstawy prawnej, by ucznia „zmusić” do takiej formy uczestnictwa w edukacji, nie można było egzekwować od ucznia wykonania poleceń. Od 25 marca zdalne nauczanie jest obowiązkowe, które ma potrwać wstępnie do 11 kwietnia.

Jak to zdalne nauczanie wygląda w praktyce?

Mogę wypowiadać się tylko za siebie i ewentualnie męża, który też jest nauczycielem. 
Otóż lekcje nie odbywają się w czasie rzeczywistym. Nie ma możliwości technicznych, by stosować tele-lekcje. Komunikujemy się przez e-dziennik. Dobrze, że mamy go w szkole. Wiem, że są w Polsce szkoły, które nadal mają tradycyjne dzienniki. 
Codziennie wysyłam uczniom materiały dydaktyczne oraz formy sprawdzające wiedzę. No i tak, w środę 25.03. wysłałam wiadomości do 99 uczniów (5 oddziałów, 3 przedmioty), w czwartek 26.03. do 130 uczniów (7 oddziałów, 2 przedmioty), piątek 27.03. do 91 uczniów (6 oddziałów, 2 przedmioty). To są tylko 3 dni. Każdą lekcję trzeba przygotować w formie elektronicznej, np. karty pracy, które normalnie mam w formie do kserowania, muszę przepisać i dokument udostępnić  - robię to przez Dysk Google. Nie ma ustalonej jedynej formy komunikacji z uczniem. Właściwie każdy nauczyciel może korzystać z tego, co dla niego wygodniejsze. Czy to e-dziennik, czy prywatny (?!) e-mail, czy różne platformy. Chaos. Gdybym była uczniem, dawno bym zgłupiała. 

I tu wielki podziw dla uczniów. Oni to ogarniają. I to w tempie ekspresowym. Może przyczynia się do tego fakt, że to już nie są małe dzieci, tylko młodzież technikum, a Internet towarzyszy im od urodzenia i nie ma przed nimi tajemnic.

Co innego ja, która owszem dość szybko się uczę nowych możliwości, jakie daje mi technologia informacyjna, ale nie jest to moje naturalne środowisko. 
Dlatego jestem wykończona tymi pierwszymi dniami obowiązkowego zdalnego nauczania. Uczniowie nieustannie nadsyłają wiadomości z wykonanymi zadaniami, a i tak wymagam tylko, żeby przesyłali te, które są na ocenę, a nie wszystkie ćwiczenia, które zadaję. 
Łatwo obliczyć, że przez trzy dni wysłałam zadania do 320 uczniów. Nie, nie uczę tylu różnych uczniów. Uczę trzech przedmiotów, niektóre w wymiarze 2 godzin, dlatego do niektórych oddziałów wysyłam po 2-3 wiadomości. Nie wszyscy odesłali mi już wykonane zadania – mają wydłużone terminy – ale i tak codziennie dostaję po kilkadziesiąt informacji zwrotnych. Trzeba to przeczytać,  jakoś zarchiwizować, sprawdzić i ocenić. I tu moje miłe zaskoczenie. Większość uczniów pracuje samodzielnie, tzn., że nie stosują strategii „jeden robi, reszta kopiuje”. Wniosek ten wysnuwam na podstawie prac, które zdołałam już sprawdzić.

W tym miejscu mała dygresja.

Nie wiem, co wpływa na tych młodych ludzi, ale takiej pracowitości, terminowości i zaangażowania nie zaobserwowałam u nich od... no, nie pamiętam od kiedy, chyba nigdy. Czy oni uczą się teraz z nudów? Bo nie mogą się spotykać, bo filmy na Netflixie już obejrzane, bo nie mogą wyskoczyć do galerii? A może wyczuli w tym szansę dla siebie. Szansę na lepsze oceny, bo zadanie przesłane zdalnie to nie to samo co kartkówka, czy sprawdzian, gdzie nauczyciel pilnuje z zegarkiem w ręku? 
Inna przyczyna, dlaczego padam na twarz? 

Rano e-dziennik „muli”, bardzo powoli się ładuje. W środę 25.03. cudem było zalogowanie się. No, ale próbować trzeba, więc „wisisz” nad stroną i nieustannie odświeżasz. Po południu uczniowie zaczynają zasypywać skrzynkę wiadomościami i trwa to do późnej nocy. W międzyczasie muszę przygotować materiały na następny dzień: polecenia, karty pracy z niemieckiego, prezentacje z WOKu i filozofii dla uczniów, którzy nie mają podręczników. Ogrom wysiłku. Od trzech dni jestem nieustannie „w pracy”,  prawie nie wiem, jak się nazywam.

Nie opisuję tego, żeby narzekać dla narzekania. Chcę pokazać, jak wygląda rzeczywistość polskiej szkoły w czasie epidemii z perspektywy nauczyciela. Nauczyciela, który pracuje w średnio doposażonej szkole, z uczniami, którzy swoje ambicje kierują raczej w stronę przedmiotów zawodowych niż ogólnoksztacących.
Mogę się tylko domyślać, że  zdalne nauczanie z perspektywy uczniów i rodziców jest też bardzo trudnym doświadczeniem. 
Pewnie ktoś mógłby powiedzieć, że można to inaczej, lepiej zorganizować. Oczywiście, że tak. Ale konia z rzędem temu, który powie mi jak. 

Przyszły tydzień będzie hardcorowy.

I żeby nie było zupełnie niedziewiarsko. 

Dla zachowania zdrowia psychicznego robię sobie krótkie przerwy, w których dziergam. Powstaje sweter dla Młodszej. Rodzi się w bólach, bo wielokrotnie zmieniałam koncepcję i prułam. Całe szczęście zostało już niewiele, bo tylko dokończenie drugiego rękawa.
Pozdrawiam wszystkich odwiedzających mnie zdalnie :-)
A swoją drogą... ile treści kryje się w słowie "pozdrawiam". Zdrowia życzę.

niedziela, 22 marca 2020

Zdalne nauczanie

czyli zostaję w domu

Od 12 marca zostały zawieszone zajęcia edukacyjne w szkołach średnich. Szkoły podstawowe i przedszkola jeszcze przez dwa dni opiekowały się dziećmi nie prowadząc zajęć edukacyjnych.
Stan zawieszenia miał obowiązywać do 25 marca i w tym okresie nauczyciele zobowiązani byli przesyłać uczniom materiały do samodzielnego opracowania o charakterze powtórzeniowym lub rozwijające zainteresowania. Dziś już wiadomo, że zawieszenie zajęć w szkole potrwa dłużej co najmniej do 10 kwietnia.

Szkoła, w której pracuję - technikum i szkoła branżowa, (na marginesie wspomnę, że wspólnie z mężem), od kilku lat korzysta już z e-dziennika. Tą drogą odbywa się więc komunikacja z uczniami i rodzicami. Niestety dziennik, z którego korzystamy nie ma opcji podpinania załączników do wiadomości. Jest to problem, ale do rozwiązania.

Nasi uczniowie w znacznej części nie posiadają podręczników. O ile na regularnej lekcji nie jest to jeszcze tragedią, bo mam wersje podręczników na tablicę multimedialną, to w obecnej sytuacji nauki na odległość, nie mogę wydać polecenia np. "Zapoznaj się z treścią tekstu z ćw. 1 na str 13, a następnie zdecyduj czy poniższe zdania są prawdziwe czy fałszywe", bo wiem przecież, że ten uczeń tej książki nie ma i nie kupi. Opcją jest zrobienie printscreenu i wrzucenie go na prywatny dysk i przesłanie uczniom linku.*

Ja uczę trzech przedmiotów ogólnokształcących. Jeśli się przyjrzeć uważnie zdjęciu to można odczytać, że jest to język niemiecki, filozofia i wiedza o kulturze. Tak, tak, żeby móc mieć etat przy  i tak stosunkowo niskim  jak do tej pory pensum, musiałam skończyć dodatkowe fakultety, a i tak od kilku lat co roku w maju muszę podpisywać zgodę na ewentualne obniżenie mi etatu nawet do 1/2. Dla nauczyciela z 28-letnim stażem jest to uczucie jakbym oberwała brudną szmatą w twarz. A od przyszłego roku pensum ma być podniesione o 6 godzin. Przy trwającym nadal niżu demograficznym i kiepskim naborze do klas pierwszych nie mam szansy na etat. Taką mam perspektywę na nieodległą przyszłość.

I w tym kontekście stresów związanych z niepewnością zatrudnienia od nowego roku szkolnego, przychodzi mi się zmierzyć ze zdalnym nauczaniem, czymś nowym dla mnie i większości nauczycieli.
Trzeba sobie zadać kilka pytań:
Ile czasu będę potrzebować na opanowanie nowej platformy rekomendowanej przez MEN?
Ile czasu będę potrzebować, żeby przy użyciu narzędzi, które ta platforma oferuje, przygotować materiały dla uczniów?
Czy będę musiała adresy e-mailowe uczniów ręcznie wprowadzać? (jeśli tak, to cały dzień trzeba będzie na to poświęcić)
Nauczanie w czasie rzeczywistym?
Kto mnie przeszkoli?
Kto ma mi zapewnić warunki do jego prowadzenia?
Dlaczego mam korzystać z prywatnego sprzętu i prywatnego dostawcy Internetu?

Coraz częściej zadaję sobie pytanie: po co? Po to, by zaraz po powrocie nauki do szkół dostać kolejne pismo o ograniczeniu etatu?

Czytam na niektórych blogach o depresyjnych myślach w związku z zamknięciem w domu i związanych z obawą przed koronawirusem, u mnie dochodzi jeszcze strach przed utratą pracy. Dlatego, mimo, że można by pomyśleć, że opływam teraz w czas wolny, który można twórczo dziewiarsko zagospodarować, nie do końca tak się dzieje. Straciłam na motywacji i na pewności tego, czego chcę. Owszem mam sweter na drutach. Zaczynałam go chyba 10 razy od góry i prułam. Potem zaczęłam od rękawów, zrobiłam je i zdecydowałam się na inną koncepcję, inny wzór - rękawy pójdą do sprucia. Zaczęłam sweter od dołu, robię korpus, ale idzie mi jak po grudzie.

Nawet filmoteka w TV mnie nie ciągnie. Słucham podkastów kryminalnych, co mnie z jednej strony interesuje, ale z drugiej jeszcze bardziej dobija.

Kiepski ten wpis. Nic a nic optymistyczny.

Mam nadzieję, że to tylko przesilenie wiosenne i wkrótce wróci mi werwa.

*EDIT
W komentarzu Gackowa zwróciła mi uwagę na fakt, że w ten sposób mogą być naruszone prawa wydawnictw lub autorów. Zgadzam się z nią i nie polecam takich działań. 

niedziela, 15 marca 2020

Sock(s)weater po raz drugi

czyli sesja w plenerze


W poprzednim poście nakreśliłam okoliczności, w jakich zamiast planowanych skarpetek powstał sweter Sock(s)weater lub inaczej Skarpetowiec.
Nie zamieściłam w nim zdjęć "naczłowieczych", tzn. sweter nie był prezentowany na modelce, którą docelowo jest jego właścicielka, czyli Starsza Córka. 
Niepewność tego, kiedy będę miała okazję przekazać jej prezent oraz tego, czy będzie sposobność na zorganizowanie jakiejś sensownej sesji na zewnątrz, a przede wszystkim moja niecierpliwość i chęć pochwalenia się jak najszybciej nowym udziergiem, były powodem opublikowania tak niekompletnego wpisu.

Dziś nadrabiam braki.
Nie jestem dobrym fotografem, nie posiadam profesjonalnego sprzętu fotograficznego, mało tego - nie mam nawet zacięcia do dokumentowania życia rodzinnego. Często post factum żałuję, że nie uwieczniłam jakichś wydarzeń, ale w trakcie ich trwania po prostu nie przychodzi mi do głowy, żeby wyjąć telefon i pstryknąć zdjęcie, albo nagrać filmik. 
Podobnie jest z dokumentowaniem mojego robótkowania. Rzadko się zdarza, że fotografuję poszczególne etapy powstawania czegoś. Choć nie w przypadku Skarpetowca. Jemu akurat zrobiłam wyjątkowo dużo zdjęć.
Zdjęcia do mojego bloga robione są telefonem. Zwykłe zdjęcia, zwykłym telefonem, bez profesjonalnego podejścia do kompozycji, kadrowania, oświetlania, wyostrzania i czego tam jeszcze... Później czasem coś przytnę, żeby nie chwalić się bałaganem na drugim planie, czasem coś doświetlę, bo tak mi podpowiada program Zdjęcia Google. Amatorszczyzna.

Ale nie dzisiaj. 

Dzisiaj korzystam z uprzejmości Michała, młodego fotografa, który wyciąga moją Starszą na górskie wycieczki i który pięknie sfotografował  Sock(s)weater w cudnych okolicznościach przyrody. Chociaż nie do końca jestem pewna, czy fotografował sweter czy Starszą - chyba jednak Córkę.
Można zobaczyć, że Sock(s)weater był w drodze na Śnieżkę i trzeba mi uwierzyć na słowo, że szczyt zdobył. 
 
Echa koronawirusa zawędrowały aż tam - 1603 m n.p.m.
Mianowicie w połowie wspinaczki Młodzi dostali telefon ze schroniska, że mimo wcześniejszej rezerwacji, ze względu na wprowadzenie rozporządzenia o zamknięciu m.in. schronisk dla turystów, nocleg będzie niemożliwy. Pobyt w Karkonoszach trzeba było skrócić, ale wycieczka, patrząc na piękną, słoneczną pogodę na zdjęciach i fakt, że szczyt został zdobyty, była chyba udana.
No i ja mam cudowne zdjęcia.
Dziękuję Michałowi za udostępnienie zdjęć i Córce za zgodę na publikację wizerunku.

niedziela, 8 marca 2020

Sock(s)weater - Skarpetowiec

czyli nie będzie skarpetek będzie sweter

Podglądam sporo blogów dziewiarskich i wiele autorek prezentuje własnoręcznie wydziergane skarpety - jednokolorowe, wielobarwne, gładkie, w paski, ażurowe, z warkoczami. Różne. Niektóre z dziewiarek specjalizują się w robieniu wyłącznie skarpet, twierdząc nawet, że są uzależnione od ich produkowania.
Ja jeszcze nigdy nie wydziergałam żadnej skarpety i obok pięciopalczastych rękawiczek są jedyną częścią garderoby, która nie wyszła spod moich drutów. 
Dlaczego dotąd jeszcze nie spróbowałam? No właśnie, nie wiem. 
Pomyślałam, że najwyższy czas podjąć się zadania. Przecież znam techniki dziewiarskie: i magic loop, i rzędy skrócone, umiem dodawać i odejmować oczka, nawet kiedyś używałam techniki z pięcioma drutami w jakiś pracach dziewiarskich. A dodatkowo dawno, dawno temu zakupiłam broszurę Diany Robótki Extra z opisami wykonania skarpet metodą 4 kroków. Wystarczyło ją zdjąć z półki, zdmuchnąć kurz i przeczytać ze zrozumieniem opisy wykonania. 
Pozostało mi  jeszcze zainwestować we włóczkę skarpetkową i zabrać się do pracy. 
Włóczkę No Name kupiłam na jakiejś promocji w Aldi - stwierdziłam, że nie będę na początek przepłacać. Uzbrojona w opisy wykonania i zapał podsycany wizją moich stóp ubranych we własnoręcznie wydziergane skarpety - zaczęłam...
Próbowałam dziergać i od palców, i od ściągacza, i magic loopem, i pięcioma drutami... wielokrotnie... Męczyłam się cały wieczór i ... odpuściłam. Skarpety mnie pokonały. Mam nadzieję, że przegrałam bitwę, ale nie całą wojnę. Pewnie jeszcze kiedyś spróbuję, kiedy zapomnę jak smakuje uczucie porażki.
Włóczka skarpetkowa miała czekać na kolejną próbę zmierzenia się ze skarpetkami, ale się nie doczekała. Na kolejnej promocji, tym razem w Kauflandzie, zakupiłam kolejne motki włóczki skarpetowej i postanowiłam przerobić ją na sweter dla Starszej. I co z tego, że wełna była w innym kolorze niż ta, którą miałam w domu. Obie były gradientowe. Dodatkowo postanowiłam dołożyć do nich bawełniane kordonki, które w ogromnej palecie barw zalegają od lat w moich zapasach.
No i powstał sweter  Sokc(s)weater czyli Skarpetowiec.
Tutaj jeszcze przed zblokowaniem:
I w trakcie blokowania:
Przy okazji wyważyłam już otwarte drzwi: zastosowałam metodę robienia rękawów stosując żywe oczka dobierane na szydełkowym łańcuszku. W ten sposób korpus i karczek są robione jednym ciągiem od dołu, a rękawy są później dorabiane od góry. 
Markerami zaznaczam, w którym rzędzie odejmuję oczka. Później jest łatwo wydziergać drugi taki sam rękaw.
Myślałam że wynalazłam koło, że odkryłam Amerykę, że ujawnił się mój dziewiarski geniusz. Do momentu, kiedy już po ukończeniu swetra przeczytałam albo na blogu Antracytowej, albo w jakimś jej komentarzu na innym blogu (sorry, ale nie pamiętam), że stosuje taką metodę. 
No cóż, nie zostanę Kolumbem świata dziewiarskiego. Pocieszam się jednak, że doszłam do niej niezależnie, z ręką na sercu - nigdy wcześniej o niej nie czytałam. Chciałam po prostu zmodyfikować metodę Swetrów Doroty, w której rękawy robi się osobno zostawiając niezamknięte oczka, a potem dokłada się je do korpusu i  przerabia dalej odejmując oczka na raglan. W tej metodzie trzeba jednak zaszywać później dziury pod pachami. Metoda z oczkami na szydełkowym łańcuszku pozwala uniknąć dziur.
Niestety brak zdjęć naczłowieczych. Nie wiem, kiedy nadarzy się okazja, żeby wręczyć Starszej sweterek, nie mówiąc już o tym, że nie wiem, kiedy będzie możliwość i warunki pogodowe, żeby ją sfotografować.
I na koniec animacja, którą podesłały mi Zdjęcia Google. Uśmiałam się, bo Sock(s)weater - Skarpetowiec pokazuje wiele mówiący gest Kozakiewicza. Zastanawiam się tylko komu i w jakiej sprawie. Interpretacja dowolna.
DANE TECHNICZNE:
włóczka: 
1). TALENTUS Strickgarn 75% wełna 25% polyamid Exclusively by Kaufland 100g /400m, zużycie :187g/748m
2). No Name (Aldi) włóczka na skarpety  75% wełna superwash 25% polyamid, 50g/210m, zużycie: szara - 34g/143m, gradientowa - 86g/361m
3). kolorowe kordonki w ilości niepoliczonej i niezważonej
Zużycie: w sumie 1252m
druty: 3.0 i 2.5(ściągacze)