sobota, 12 listopada 2022
Hurtowo
sobota, 5 listopada 2022
Biszkoptowy na końcu świata
czyli Biscuit Combination po raz drugi
W zeszłym roku w sierpniu wydziergałam sweterek dla młodzej córki. Pisałam o tym tutaj.
Sweter zawdzięcza swoją nazwę biszkoptowemu kolorowi i połączeniu dwóch konstrukcji: okrągłego karczku i raglanu. Włóczka miała przyzwoity skład: 40% akrylu, 35% merino i 25% alpaki.
Młodsza córka jest bardzo wrażliwa na nawet najmniejsze podgryzanie włóczki, ale pomyślałam sobie, że przecież akryl nie gryzie, a i merino nie drażni skóry. Wprawdzie we włóczce jest jeszcze udział alpaki, ale przecież niewielki.
No cóż, okazało się, że 25% alpaki w składzie, to dla Juli o 1/4 za dużo.
I tak Biszkoptowy trafił do starszej córki, króra nie ma problemu z gryzącą wełną.
Bardzo zabawne, bo to przeważnie młodsze rodzeństwo nosi ubrania po starszym, a w tym przypadku jest na odwrót.
Konsekwencją zmiany właścicielki była konieczność małej przeróbki, a dokładniej rzecz ujmując - DOróbki. Starsza córka jest wyższa od młodszej, dlatego musiałam przedłużyć korpus swetra oraz rękawy. Poszło szybko, bo całość przeróbki z pruciem ściągaczy, dorabianiem około 10 cm oraz odtworzeniem ściągaczy zajęło mi jeden dzień.
Zawsze bardzo się cieszę, kiedy moje udziergi są noszone. Dlatego niesamowicie ucieszyłam się, że Lila zabrała zrobiony przeze mnie sweterek na wyjazd poza koło podbiegunowe. A już totalnie szczęśliwa jestem z powodu, że z myślą o moim blogu, razem z Michałem zorganizowali sesję z cudownym islandzkim krajobrazem w tle.
Dziękuję:-)
piątek, 2 września 2022
Mint Time Socks six times
czyli mięta razy sześć
poniedziałek, 15 sierpnia 2022
Copper Beech
czyli rudo-rdzawo-miedziany Sweter Bukowy
Jestem mało sukienkowa i zupełnie niespódnicowa. Nie lubię ich nosić i już. Miałam jednak kiedyś spódnicę, którą bardzo lubiłam. Oszczędzę sobie liczenia ile lat temu to było, nie będę się dołować;-) Pamiętam jednak, że miałam wtedy 18-19 lat. Na pewno jej nie kupiłam, chyba od kogoś dostałam, pewnie od koleżanki, która miała rodzinę na Zachodzie i miała szczęście dostawać paczki. Nie był to hit mody, bo wśród nastolatek królowały wówczas wąskie, przylegające do ciała, dżinsowe spódniczki mini, a owa rzeczona spódnica była totalnym przeciwieństwem tego trendu i może właśnie dlatego prawowita właścicielka nie zatrzymała jej dla siebie, lecz mi ją odstąpiła.
Spódnica była długości midi, do połowy łydki, uszyta z cienkiego bawełnianego płótna, z klinów, które były tak rozkloszowane, że miała formę prawie pełnego koła. Góra spódnicy była bardzo wąska - oj, miało się kiedyś talię osy;-) - i miała krój dżinsowych spodni, z charakterystycznymi wpuszczanymi kieszeniami z przodu i nakładanymi z tyłu. Wszystkie szwy miały podwójne przeszycia, takie, jakie mają dżinsowe spodnie. A co najważniejsze - miała totalnie oryginalny kolor: była przepięknie rudo-rdzawo-miedziana.
Mąż poznał mnie w czasie, kiedy ją często nosiłam i chyba dobrze zapadła mu w pamięć, bo kiedy kupiłam włóczkę na późnoletni lub wczesnojesienny bawełniany sweterek, powiedział, że kojarzy mu się właśnie z tą spódnicą sprzed lat.
Wprawdzie etykieta Safran Dropsa informuje, że włóczka jest koloru dyni, ale mnie przychodzą na myśl liście buku, które jesienią prezentują całą bogatą paletę kolorów: od żółcieni, przez pomarańcze i rudości, do głębokich czerwieni i brązów. Może podświadomie odczuwam już przesyt lata i tęsknię do złotej jesieni? Coś w tym może być, bo po letnim sweterku Golden Fields, przychodzi kolej na jesienny Copper Beech.


















































