Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania skarpetowiec, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania skarpetowiec, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 marca 2020

Sock(s)weater - Skarpetowiec

czyli nie będzie skarpetek będzie sweter

Podglądam sporo blogów dziewiarskich i wiele autorek prezentuje własnoręcznie wydziergane skarpety - jednokolorowe, wielobarwne, gładkie, w paski, ażurowe, z warkoczami. Różne. Niektóre z dziewiarek specjalizują się w robieniu wyłącznie skarpet, twierdząc nawet, że są uzależnione od ich produkowania.
Ja jeszcze nigdy nie wydziergałam żadnej skarpety i obok pięciopalczastych rękawiczek są jedyną częścią garderoby, która nie wyszła spod moich drutów. 
Dlaczego dotąd jeszcze nie spróbowałam? No właśnie, nie wiem. 
Pomyślałam, że najwyższy czas podjąć się zadania. Przecież znam techniki dziewiarskie: i magic loop, i rzędy skrócone, umiem dodawać i odejmować oczka, nawet kiedyś używałam techniki z pięcioma drutami w jakiś pracach dziewiarskich. A dodatkowo dawno, dawno temu zakupiłam broszurę Diany Robótki Extra z opisami wykonania skarpet metodą 4 kroków. Wystarczyło ją zdjąć z półki, zdmuchnąć kurz i przeczytać ze zrozumieniem opisy wykonania. 
Pozostało mi  jeszcze zainwestować we włóczkę skarpetkową i zabrać się do pracy. 
Włóczkę No Name kupiłam na jakiejś promocji w Aldi - stwierdziłam, że nie będę na początek przepłacać. Uzbrojona w opisy wykonania i zapał podsycany wizją moich stóp ubranych we własnoręcznie wydziergane skarpety - zaczęłam...
Próbowałam dziergać i od palców, i od ściągacza, i magic loopem, i pięcioma drutami... wielokrotnie... Męczyłam się cały wieczór i ... odpuściłam. Skarpety mnie pokonały. Mam nadzieję, że przegrałam bitwę, ale nie całą wojnę. Pewnie jeszcze kiedyś spróbuję, kiedy zapomnę jak smakuje uczucie porażki.
Włóczka skarpetkowa miała czekać na kolejną próbę zmierzenia się ze skarpetkami, ale się nie doczekała. Na kolejnej promocji, tym razem w Kauflandzie, zakupiłam kolejne motki włóczki skarpetowej i postanowiłam przerobić ją na sweter dla Starszej. I co z tego, że wełna była w innym kolorze niż ta, którą miałam w domu. Obie były gradientowe. Dodatkowo postanowiłam dołożyć do nich bawełniane kordonki, które w ogromnej palecie barw zalegają od lat w moich zapasach.
No i powstał sweter  Sokc(s)weater czyli Skarpetowiec.
Tutaj jeszcze przed zblokowaniem:
I w trakcie blokowania:
Przy okazji wyważyłam już otwarte drzwi: zastosowałam metodę robienia rękawów stosując żywe oczka dobierane na szydełkowym łańcuszku. W ten sposób korpus i karczek są robione jednym ciągiem od dołu, a rękawy są później dorabiane od góry. 
Markerami zaznaczam, w którym rzędzie odejmuję oczka. Później jest łatwo wydziergać drugi taki sam rękaw.
Myślałam że wynalazłam koło, że odkryłam Amerykę, że ujawnił się mój dziewiarski geniusz. Do momentu, kiedy już po ukończeniu swetra przeczytałam albo na blogu Antracytowej, albo w jakimś jej komentarzu na innym blogu (sorry, ale nie pamiętam), że stosuje taką metodę. 
No cóż, nie zostanę Kolumbem świata dziewiarskiego. Pocieszam się jednak, że doszłam do niej niezależnie, z ręką na sercu - nigdy wcześniej o niej nie czytałam. Chciałam po prostu zmodyfikować metodę Swetrów Doroty, w której rękawy robi się osobno zostawiając niezamknięte oczka, a potem dokłada się je do korpusu i  przerabia dalej odejmując oczka na raglan. W tej metodzie trzeba jednak zaszywać później dziury pod pachami. Metoda z oczkami na szydełkowym łańcuszku pozwala uniknąć dziur.
Niestety brak zdjęć naczłowieczych. Nie wiem, kiedy nadarzy się okazja, żeby wręczyć Starszej sweterek, nie mówiąc już o tym, że nie wiem, kiedy będzie możliwość i warunki pogodowe, żeby ją sfotografować.
I na koniec animacja, którą podesłały mi Zdjęcia Google. Uśmiałam się, bo Sock(s)weater - Skarpetowiec pokazuje wiele mówiący gest Kozakiewicza. Zastanawiam się tylko komu i w jakiej sprawie. Interpretacja dowolna.
DANE TECHNICZNE:
włóczka: 
1). TALENTUS Strickgarn 75% wełna 25% polyamid Exclusively by Kaufland 100g /400m, zużycie :187g/748m
2). No Name (Aldi) włóczka na skarpety  75% wełna superwash 25% polyamid, 50g/210m, zużycie: szara - 34g/143m, gradientowa - 86g/361m
3). kolorowe kordonki w ilości niepoliczonej i niezważonej
Zużycie: w sumie 1252m
druty: 3.0 i 2.5(ściągacze)

czwartek, 10 lutego 2022

Dwie pary do pary

czyli męski komplet raz


     Chciałam zacząć "Dawno, dawno temu, kiedy nie umiałam jeszcze dziergać skarpetek", ale zreflektowałam się, że przecież pierwsze koślawe skarpety zeszły z moich drutów półtora roku temu, czyli nie tak dawno temu, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że dziergam już od blisko czterdziestu (!!!) lat.  

Rozpocznę więc tak:

    Jakiś czas temu, kiedy jeszcze nie umiałam dziergać skarpetek, a bardzo chciałam się nauczyć, trafiłam w popularnym supermarkecie na "K" na atrakcyjną cenowo ofertę włóczek skarpetkowych. Zakupiłam kilka motków. Okej, powiem prawdę: motków nie było kilka, lecz kilkanaście. Zanim więc pojęłam na czym polega dzierganie skarpet, zdążyłam z tych włóczek wydziergać co najmniej dwa swetry: Skarpetowiec i Rusałkę. Ponieważ byłam pazerna na tanią wełnę superwash i zakupiłam jej zdecydowanie za dużo, to zalegała w pudełku, czekając aż wpadnę na pomysł jej wykorzystania.

    W końcu metodą prób i błędów posiadłam umiejętność dziergania skarpet i nareszcie mogłam uruchomić zapasy. Nie chciałam jednak dziergać kilku par w identycznym kolorze. Dlatego zaczęłam tę włóczkę farbować. Poniżej widać wyjściowy motek i moje próby farbowania sprzed roku.    Niedawno znowu sięgnęłam po barwniki i przygotowałam włóczkę na dwie pary skarpet.

Pierwszy motek przybrał odcienie niebieskiego, granatu i szarości z jaśniejszymi fragmentami, które nie uległy farbowaniu, w miejscach w których nawój był przewiązany nitką.
Nie mogłam się doczekać, aż wełna wyschnie i będę mogła zobaczyć jak te niuanse kolorystyczne układają się w robótce. Kolor wyszedł wielowymiarowy, co dodatkowo podkreśliłam prostym wzorem strukturalnym.
    Druga para powstała z motka w odcieniach zieleni. Ucieszyłam się, że kolor wyszedł nierówny i można się w nim dopatrzeć oprócz jaśniejszej i ciemniejszej zieleni, także plamy turkusu i przebitki koloru wyjściowego. Wykorzystałam bardzo podobny, choć nie identyczny motyw strukturalny jak w pierwszej parze.
    Obie pary są w tym samym rozmiarze i mogą stanowić komplet na męskie stopy. Nie żebym odmawiała kobietom takiego koloru czy wzoru - skarpety są po prostu duże.
    Czepiec w Weselu Wyspiańskiego pytał: "Cóż tam, panie, w polityce? Chińcyki trzymają się mocno?"
Parafrazując można mi zadać pytanie: Cóż tam, pani, na drutach siedzi? Skarpetki trzymają się mocno?
Odpowiadam: Tak, trzymają się mocno, cały czas dziergają się nowe pary, choć... w międzyczasie powstał jeden sweterek, który się właśnie od dwóch dni blokuje. Jak tylko wyschnie, to mam nadzieję, że będzie miał premierę na blogu:-)

UPDATE:

W odpowiedzi na pytanie Honoraty zamieszczam zdjęcie barwników, których użyłam do farbowania. Właśnie przeżyłam niemałe zdziwienie, bo nie są one przeznaczone do farbowania wełny(!?!?!?) 
Czasami warto NIE wiedzieć i zrobić swoje :-)

niedziela, 15 marca 2020

Sock(s)weater po raz drugi

czyli sesja w plenerze


W poprzednim poście nakreśliłam okoliczności, w jakich zamiast planowanych skarpetek powstał sweter Sock(s)weater lub inaczej Skarpetowiec.
Nie zamieściłam w nim zdjęć "naczłowieczych", tzn. sweter nie był prezentowany na modelce, którą docelowo jest jego właścicielka, czyli Starsza Córka. 
Niepewność tego, kiedy będę miała okazję przekazać jej prezent oraz tego, czy będzie sposobność na zorganizowanie jakiejś sensownej sesji na zewnątrz, a przede wszystkim moja niecierpliwość i chęć pochwalenia się jak najszybciej nowym udziergiem, były powodem opublikowania tak niekompletnego wpisu.

Dziś nadrabiam braki.
Nie jestem dobrym fotografem, nie posiadam profesjonalnego sprzętu fotograficznego, mało tego - nie mam nawet zacięcia do dokumentowania życia rodzinnego. Często post factum żałuję, że nie uwieczniłam jakichś wydarzeń, ale w trakcie ich trwania po prostu nie przychodzi mi do głowy, żeby wyjąć telefon i pstryknąć zdjęcie, albo nagrać filmik. 
Podobnie jest z dokumentowaniem mojego robótkowania. Rzadko się zdarza, że fotografuję poszczególne etapy powstawania czegoś. Choć nie w przypadku Skarpetowca. Jemu akurat zrobiłam wyjątkowo dużo zdjęć.
Zdjęcia do mojego bloga robione są telefonem. Zwykłe zdjęcia, zwykłym telefonem, bez profesjonalnego podejścia do kompozycji, kadrowania, oświetlania, wyostrzania i czego tam jeszcze... Później czasem coś przytnę, żeby nie chwalić się bałaganem na drugim planie, czasem coś doświetlę, bo tak mi podpowiada program Zdjęcia Google. Amatorszczyzna.

Ale nie dzisiaj. 

Dzisiaj korzystam z uprzejmości Michała, młodego fotografa, który wyciąga moją Starszą na górskie wycieczki i który pięknie sfotografował  Sock(s)weater w cudnych okolicznościach przyrody. Chociaż nie do końca jestem pewna, czy fotografował sweter czy Starszą - chyba jednak Córkę.
Można zobaczyć, że Sock(s)weater był w drodze na Śnieżkę i trzeba mi uwierzyć na słowo, że szczyt zdobył. 
 
Echa koronawirusa zawędrowały aż tam - 1603 m n.p.m.
Mianowicie w połowie wspinaczki Młodzi dostali telefon ze schroniska, że mimo wcześniejszej rezerwacji, ze względu na wprowadzenie rozporządzenia o zamknięciu m.in. schronisk dla turystów, nocleg będzie niemożliwy. Pobyt w Karkonoszach trzeba było skrócić, ale wycieczka, patrząc na piękną, słoneczną pogodę na zdjęciach i fakt, że szczyt został zdobyty, była chyba udana.
No i ja mam cudowne zdjęcia.
Dziękuję Michałowi za udostępnienie zdjęć i Córce za zgodę na publikację wizerunku.

niedziela, 10 maja 2020

Rusałka?

Rusałki według mitologii słowiańskiej były demonami zamieszkującymi lasy, pola i zbiorniki wodne, a stawały się nimi panny, które tuż przed zamążpójściem zmarły śmiercią tragiczną. Wabiły do siebie nieświadomych niebezpieczeństwa młodzieńców, a następnie załaskotywały lub zatańcowywały ich na śmierć. Jest to trochę przerażające wyobrażenie rusałek, ale o tym dowiedziałam się dość późno, na pewno nie w dzieciństwie.
Wychowałam się mianowicie na bajkach, np. czechosłowackiej kreskówce "Rusałka Amelka", gdzie postać rusałki była sympatyczną panienką, która ma licznych przyjaciół i pomaga wszystkim w potrzebie. W mojej wyobraźni, ukształtowanej także przez  baśnie, postać rusałki nigdy nie kojarzyła się ze śmiercią, podstępem czy niebezpieczeństwem. Wręcz przeciwnie utożsamiałam ją z pięknem i dobrocią.
Rusałki to także motyle, np. rusałka pokrzywnik i rusałka pawik.  Nie mam lepidopterofobii, czyli lęku przed motylami. Przeciwnie zachwycam się ich urodą i eterycznością. Jest to więc w mojej głowie kolejne pozytywne skojarzenie z tym terminem.

No i miałam dylemat, czy sweterek prezentowany na tych zdjęciach przez Starszą Córkę mogę nazwać Rusałką?

Myślę, że tak, bo utrwalona jeszcze w dzieciństwie pozytywna konotacja tego słowa, powiązana dodatkowo z pozytywnymi emocjami i uczuciami, jest silniej zakotwiczona w mojej świadomości, niż negatywne skojarzenie z postacią występującą w mitologii słowiańskiej.
Zatem przedstawiam Rusałkę. 
Sweterek zrobiony jest z niezbyt szlachetnej włóczki, zakupionej jeszcze zimą w jednym z hipermarketów. Zdziwiona byłam ofertą włóczkową w tej sieciówce, ale ponieważ cena była zachęcająca i skład też nie najgorszy, zakupiłam po kilka motków na 4 projekty. Wcześniej zrealizowałam już Sock(s)weater - Skarpetowiec. Drugim projektem jest ten lekki sweterek. Włóczka jak widać jest cieniowana i docelowo przeznaczona na wyrób skarpetek. Ale ja nadal nie umiem ich dziergać, dlatego powstał kolejny sweter.
W Rusałce chciałam wypróbować metodę robienia swetra od góry na okrągło, gdzie po zrobieniu ściągacza pod szyją, ramiona kształtuje się poprzez dobieranie oczek w każdym rzędzie, po obu stronach wyznaczonej linii. W tym przypadku linia ramion miała szerokość dwóch oczek. Dziergając w ten sposób, sweter przyrasta równocześnie i na długość i na szerokość. Na ostatnim zdjęciu, po układzie kolorowych pasków, dobrze widać jak swetra przybywało. Po osiągnięciu pożądanej szerokości dzierganie na okrągło trzeba było zastąpić metodą dziergania w rzędach, osobno przodu i tyłu, żeby powstały otwory na późniejsze rękawy. Z przodu swetra umieściłam kilkucentymetrowy pas strukturalnego wzoru, żeby Córce łatwiej było odróżnić przód od tyłu. Wymodelowałam też lekko podkrój pach. Wstyd się przyznać, ale nie wpadłam na to, że te łuki można było uzyskać robiąc sweter już na okrągło. Tak więc te małe fragmenty zszywałam i dopiero później robiłam dalej korpus w jednym kawałku. Ściągacze mają dość spore pęknięcia. Oczka na rękawy dobrane są wokół pozostawionych otworów i przerabiane na okrągło bez zszywania. 
Włóczka, której użyłam jest bardzo sprężysta. W trakcie dziergania wokół dekoltu i linii ramion powstawały nieładne fale, dół swetra się zwijał na drutach, co sprawiało, że wielokrotnie wątpiłam, czy jest sens kontynuować pracę. Dopiero blokowanie pokazało właściwy kształt i rozmiary swetra. Rękawy musiałam trochę przedłużyć. 
Dobrze, że nie poddałam się zwątpieniu i nie porzuciłam w kąt robótki, bo efekt końcowy pozytywnie mnie zaskoczył.
A kiedy zobaczyłam zdjęcia swetrowej sesji pomyślałam: no, no, no... wyszło nieźle.

Wiem, że bardzo dużo zależy od tego jak produkt zostanie przedstawiony. Mam w komputerze zdjęcia, które zrobiłam sama w domu i nie odważyłabym się ich pokazać w zestawieniu z tymi.

Dlatego Michale dziękuję Ci za piękne ujęcia Rusałki😀 Córcio, dzięki za pozowanie💗
DANE TECHNICZNE:
włóczka: TALENTUS Strickgarn Exclusivelly by Kaufland, 100g = 400m, 75% wełna 25% poliamid
zużycie: 3 motki i ciut
druty: 3,0

niedziela, 22 listopada 2020

Happy anniversary to me

czyli wszyscy nosimy moje udziergi :-)

    Ależ ten czas pędzi! Dzisiaj mija rok od opublikowania pierwszego postu na moim blogu. 

    Długo, bo prawie pięć lat, zbierałam się do stworzenia tego miejsca. Z podziwem i z nutką zazdrości zaglądałam na blogi dziewiarek, najpierw tylko czytając wpisy i podziwiając piękne prace, później nieśmiało zaczynając komentować i zabierać głos w dyskusji. Wiele blogów wciągało mnie do tego stopnia, że zaczynając od kilku najbardziej aktualnych wpisów, decydowałam się przeczytać blog chronologicznie od początku do końca. A trzeba nadmienić, że czasami było to kilka lat intensywnego blogowania :-) Czytałam jak dobrą lekturę do poduszki. Z wielkim zainteresowaniem śledziłam ewoluowanie tych blogów, rozwój warsztatu dziewiarskiego, ale przecież nie tylko dziewiarskiego, ich bardzo kreatywnych właścicielek. Największą inspiracją były dla mnie (kolejność przypadkowa): swetry doroty, Wełniane myśli, Asja knits, Robótki Zdzichy, Biegając z drutami, Motki w szale i reszta, U Sivuchy i Bujanie w obłokach, czyli okiem i uchem Gackowej. Dziękuję Wam Dziewczyny za natchnienie!
    Wprawdzie mentalnie zbierałam się bardzo długo, ale decyzję podjęłam spontanicznie, bez jakichś wielkich przygotowań. Po prostu weszłam w bloggera, na niewygodnym dla mnie w użyciu urządzeniu, tzn. na tablecie, poprzeglądałam dostępne motywy, wybrałam moim zdaniem najbardziej atrakcyjny wizualnie i wstawiłam pierwsze zdjęcie, pisząc przy tym kilka zdań. 
    Bardzo szybko okazało się jednak, że wybrany motyw nie dysponuje wszystkimi funkcjami, do których chciałabym mieć dostęp i dlatego zmieniłam go na obecny. Jego nazwę można zobaczyć w stopce bloga.
    Później oczywiście długo bawiłam się w personalizowanie ustawień, tak by wizualna strona odróżniała mój blog od innych, używających tego samego motywu. I tak powstała wersja, którą widać dzisiaj, i póki co nie odczuwam potrzeby dokonywania zmian. 
    Tytuł bloga chodził mi po głowie od jakiegoś czasu, przy czym zauważyłam, że zwrot "po godzinach", a także "pomieszane z poplątanym" pojawiają się już w tytułach innych blogów. Nie wiedziałam, czy nie będzie to jakąś przeszkodą czy nie, ale z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że chyba nie jest. Bardzo chciałam użyć w tytule w jakiejś formie fleksyjnej przymiotnik poplątany, albo czasownik plątać, dlatego, że w dzieciństwie Ojciec, chyba trochę ironicznie, mówił mi, że "ciągle plączę te nici". Jako trochę zahukane dziecko, myślałam wtedy, że robię coś złego, że marnuję czas. Ale dziś wiem, że, cytując Stuhra z "Seksmisji", "natury się nie da oszukać". Jak ktoś plątanie nitek ma wpisane w DNA , to musi je plątać i już!

    Z założenia Po godzinach, czyli pomieszane z poplątaniem, miał być rodzajem pamiętnika, czy inaczej mówiąc, pewnym rodzajem albumu z moimi pracami rękodzielniczymi. Chciałam je pokazać trochę szerszemu gronu niż najbliższa rodzina. I owszem, częściowo tym jest. Ale przecież nie tylko! Blog stał się czymś o wiele więcej. 
    Najcenniejszą wartością dodaną do mojego dziewiarskiego ekshibicjonizmu, są relacje, jakie nawiązują się między mną, a odwiedzającymi mnie gośćmi. Dokonująca się w komentarzach wymiana myśli i doświadczeń jest dla mnie bezcennym przeżyciem. Trudno opisać ten dreszczyk emocji, który poczułam, kiedy na drugi dzień po opublikowaniu pierwszego postu, pojawił się pod nim pierwszy komentarz. Nie zapomnę tej ekscytującej myśli w głowie: "Ojej, to się dzieje naprawdę, ktoś mnie odnalazł w tym sieciowym gąszczu".

    Niedługo później pojawiła się propozycja Reni z Dziergawek, by wziąć udział w teście jej chusty. Po prostu zaniemówiłam, choć w głowie odbywała się gonitwa myśli i pytań: "Ale jak to? Ja? Testować? Przecież sama nigdy się do niczego nie zgłosiłam, bo  przecież umiejętności nie na takim poziomie, bo nie wiem, jak to działa, bo nie wiem, czy jestem na tyle skrupulatną, by wszystko pomierzyć, policzyć, zważyć, bo, bo, bo..." Ten pierwszy test jednak mnie bardzo ośmielił i podbudował samoocenę. Reniu, dziękuję za zaproszenie:-)

    Przyznaję, że czuję psychiczną więź ze wszystkimi dziewczynami pozostawiającymi ślad swojej wizyty w komentarzach. Przepraszam, że nie wymienię Was z imienia, czy nazwy bloga, ale wiedzcie, że cenię Wasze praktyczne uwagi, dobre słowo, poczucie humoru, a czasem refleksyjne podejście. To mnie bardzo podbudowuje i motywuje. Z przyjemnością zaglądam na Wasze blogi, gdzie znajduję za każdym razem mnóstwo inspiracji. 
    Okazuje się, że nie jestem jakimś reliktem przeszłości, że takich dziewiarskich freaków jak ja, jest wiele, często dużo młodszych i zdolniejszych ode mnie. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko czerpać od Was pełnymi garściami pozytywną energię i w miarę możliwości przerabiać ją na oczka prawe i lewe lub słupki i półsłupki. 
    Dziękuję Wam wszystkim za to, że do mnie zaglądacie, zawsze z radością na Was czekam.
    Jubileuszową prezentację otwieram zestawem: sweter plus skarpetki. Sweter to Rusałka, o której pisałam tutaj. Skarpety zaś wydziergałam z tej samej włóczki, ale dużo, dużo później - kiedy już załapałam, na czym polega dzierganie skarpet :-) Razem tworzą niezły komplet.
    Tutaj Starsza Córka prezentuje kardigan Petrol&Indygo. W założeniu miał być dla mnie, ale w efekcie końcowym okazał się zbyt dopasowany, zaś Starsza bardzo dobrze czuje się w oversize'ach. I tak kardigan zmienił właścicielkę. Niedawno powstały skarpety, które ze względu na użytą włóczkę w obszarze palców, pięty i w ściągaczu świetnie się komponują ze swetrem. 
        Więcej o skarpetkach widocznych na zdjęciu można przeczytać w tym poście.
        Na kolejnych zdjęciach  Starsza Córka przedstawia czapkę i chustę. O Chuście (nie) do kompletu pisałam już tutaj.
        Czapka zaś powstała według przepisu Makunki i można do niego zajrzeć tutaj.
    Pusty cokół w Galerii Rzeźb w Parku Śląskim, niemalże krzycząc, zaprasza do tego, by na niego wskoczyć i zastygnąć w pozie statycznej lub w bardziej dynamicznej. Poniżej: "Women's power" spontaniczny performens Starszej Córki :-) 
    Pod kurtką Sock(s)weater-Skarpetowiec, który można zobaczyć i o nim poczytać tutaj i tutaj.
    Poniżej to "Dziewczyna 83" - można by ironicznie zapytać, a która to jest? No, nieee... ani ta z prawej, ani ta z lewej, lecz ta w środku. Taki tytuł nosi to kamienne dzieło L. Trybowskiego we wspomnianej już Galerii rzeźb w Parku Śląskim. 
 Na zdjęciach powyżej i poniżej mam na sobie bawełniano-jedwabny sweter Hydra i chustę Zwariowany wirus.
    Poniżej dwa razy chusta i jeden raz sweter. Na pierwszym planie Serwatka - chusta dziergana w Serwach podczas letniego wyjazdu urlopowego. Młodsza Córka (która właśnie w tej chwili debiutuje na blogu) ma na sobie Smocze inspiracje, czyli chustę wydzierganą ściegiem krokodylej łuski. Dlaczego Partner Młodszej Córki ma na sobie Gorzki plaster miodu? Można o tym przeczytać tutaj.
    W niniejszym poście mało napisałam o prezentowanych udziergach, ale to dlatego, że o większości z nich już się kiedyś rozpisałam. Zamieściłam więc wiele odsyłaczy do adekwatnych wpisów. Mam nadzieję, że zajrzycie przynajmniej do niektórych z nich i poznacie historie związane z powstaniem danego udziergu.
    
    Pozdrawiam serdecznie wszystkie moje Czytelniczki i Czytelników (jeśli tacy są, to będzie mi miło jeśli ujawnią się w komentarzu). 

P.S. Te piękne, profesjonalne zdjęcia są autorstwa Michała - bardzo mu dziękuję- zaś te zwykłe robiłam ja i Mąż:-) Dziękuję także dzieciom za zgodę na publikację wizerunku.