czyli drugie życie włóczki
W dziewiarstwie jedną z fajniejszych rzeczy jest możliwość odzyskiwania włóczki z projektów, które albo okazały się niewypałem, albo wręcz przeciwnie sprawdziły się, ale po kilku sezonach noszenia zaległy w szafie, bo się już znudziły.
Nie lubię prucia.
Z tyłu głowy mam te liczne godziny poświęcone na przerabianie oczek, które to godziny po procesie destrukcji wydają się być czasem bezpowrotnie straconym. Wydają się, ale przecież nie są, bo każde takie doświadczenie czegoś nas uczy. Nabyte umiejętności nie wyparowują, lecz procentują w następnych projektach.
Nie lubię pruć też z czysto technicznego powodu. Przecież w każdym swetrze starannie ukryłam wiele nitek łączących kolejne kłębki i podczas prucia stawiają one wkurzający mnie opór.
Spruta włóczka przypomina hit lat 80., czyli karbowane włosy potraktowane gofrownicą i w takiej formie raczej nie nadaje się do ponownego użytku. Trzeba ją najpierw rozprostować, tzn. potraktować wrzątkiem. Dużo z tym roboty, bo wełnę z kłębków trzeba przewinąć w nawoje. Dobrze też byłoby, żeby były mniej więcej tej samej wagi. Ja używam w tym celu dwóch krzeseł, które stawiam siedziskami do środka, i następnie owijam włóczkę dookoła oparć. Przy okazji ćwiczę stawy i mięśnie obręczy barkowej;-) Później zabezpieczam nawoje w kilku miejscach przewiązując jakąś kontrastową nitką i tak przygotowane mogą teraz trafić do gara z gorącą wodą. Jednak skoro zadałam sobie już tyle trudu, żeby spruć i przewinąć włóczkę, nie szkoda mi poświęcić jeszcze dodatkowego czasu, żeby poddać ją tuningowi, czyli ufarbować.
O farbowaniu i przyjemności jaką mi sprawia pisałam już przy okazji chusty Serwatka, swetra Hokkaido a także skapetek (klik). Nie miałam jednak jeszcze odwagi, żeby zainwestować w wełnę przeznaczoną specjalnie do farbowania. No dobrze, nie ma to nic wspólnego z odwagą - po prostu szkoda mi kasy i wolę poeksperymentować z kolorami na resztkach po jakiś projektach albo na odzyskanej włóczce.
Kiedyś miałam małą wpadkę, bo okazało się, że nie wypłukałam dobrze resztek barwnika i przerabiając później włóczkę na skarpetki miałam ręce brudne jak po pracy w ogrodzie, a na palcu wskazującym lewej ręki wątpliwej urody spiralny ciemny "tatuaż":-) Dlatego tym razem po wstępnym ręcznym płukaniu, włożyłam ufarbowane nawoje do siatki zabezpieczającej i wypłukałam je w pralce. Byłam na tyle leniwa, że nawet odwirowałam, ale na najniższych możliwych obrotach. Trochę się obawiałam, że może się sfilcować, ale powiedziałam sobie raz kozie śmierć i zaryzykowałam. Całe szczęście Nord Dropsa wytrzymał moje zabiegi. Wyjściowy kolor był typu "uni", tzn. jednolity bez żadnych niuansów i nosił nazwę "zielony leśny". Do farbowania użyłam resztek barwników jakie miałam w domu. Ciekawe czy ktoś by się domyślił, że znalazł się tam pigment turkusowy, granatowy, fioletowy a także beżowy i morelowy. Efekt jaki jest każdy widzi;-)
Powstał otwarty kardigan o linii litery A z dekoltem w kształcie litery V. Pierwotnie miał być w jednym kolorze, ale jak to zwykle u mnie, brakło mi włóczki, więc dołożyłam kontrastowej. W tym projekcie pierwszy raz zastosowałam nowy dla mnie sposób dodawania oczek na raglan. Do tej pory robiłam to podnosząc nitkę miedzy oczkami i przerabiając ją jako oczko przekręcone. Tym razem dodawałam wkłuwając się w oczko wcześniejszego rzędu, zwracając jednocześnie uwagę na której nóżce dobieram oczko. Na linię raglanu zostawiłam dwa oczka, przed raglanem wkłuwałam się w lewą nóżkę, za linią w prawą. Jakież przyjemne było moje zaskoczenie, kiedy w trakcie dziergania zaczęła mi się ukazywać linia szeroka na jedno oczko, no i zero dziur. Super metoda, będę z niej jeszcze korzystać.
A Wy? Poddajecie recyklingowi zużyte lub nienoszone udziergi? Macie motywację, żeby odzyskiwać włóczkę? Co z niej dziergacie?
Pozdrawiam serdecznie znad drutów :-)
























































